Sztandar małego Jose
- 15.10.2015
- Cudowne historie - "Dzieci Pana Boga"
- 3414 Czytań
A wszystko zaczęło się w 1926 roku podczas powstania cristeros. Mały Jose nie mógł usiedzieć w domu, kiedy jego bracia i inni bojownicy walczyli o swoją wiarę i możliwość swobodnego jej wyznawania. Dzięki swemu uporowi i determinacji, mimo początkowego sprzeciwu rodziców oraz samego dowódcy powstańców gen. Mendozy, został przyjęty do oddziału. Jego zadaniem nie była walka, ale zaszczytny obowiązek noszenia sztandaru z napisem: Viva Cristo Rey! (czyli: "Niech żyje Chrystus Król!") i wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Żołnierze, nieświadomie przepowiadając jego męczeństwo, nadali mu to samo imię, które nosił Tercjusz, mały chłopiec żyjący w starożytnych czasach, który zginął, broniąc Eucharystii przed profanacją.
W czasie walk z wojskami federalnymi 25 stycznia 1928 roku Jose oddał swojego konia dowódcy powstańców. Uratował w ten sposób generała, ale sam dostał się do niewoli. Wówczas zaczęła się dla niego prawdziwa walka na śmierć i życie.
Jose znalazł się w więzieniu, na które zamieniono sprofanowany kościół katolicki. Miejscowy radny proponował mu wstąpienie do szkoły wojskowej, aby w ten sposób mógł się uratować. Odmówił jednak przejścia na stronę wroga i wyrzeczenia się swoich ideałów oraz hasła wypisanego na powstańczym sztandarze. W liście z więzienia do rodziców napisał:
"Moja kochana mamo, zostałem schwytany podczas dzisiejszej bitwy. Myślę o chwili, kiedy przyjdzie mi umrzeć. Nic to jednak, mamo. Powinnaś zgodzić się z wolą Pana Boga. Umieram szczęśliwy u boku naszego Pana. Nie chcę, żebyś się martwiła moją śmiercią.
( ... ) Odwagi! Udziel mi swego błogosławieństwa razem z błogosławieństwem ojca. Pozdrów wszystkich ostatni raz. Otrzymacie serce Waszego syna, który Was oboje kocha i chciałby zobaczyć Was jeszcze przed śmiercią”.
Miejscowy żandarm zadawał Jose systematycznie fizyczne i psychiczne tortury, chcąc złamać jego odwagę. Jeszcze w dniu wykonania wyroku śmierci naciął mu skórę na stopach i zmusił do przejścia po soli. Chłopiec, idąc na cmentarz, z trudem powstrzymywał łzy bólu odczuwanego przy każdym kroku. Szedł z wolna, zostawiając na ziemi krwawe ślady. Kiedy stanął nad wykopanym dla niego grobem, żandarm dał mu jeszcze ostatnią szansę ratowania życia pod warunkiem wyrzeczenia się Jezusa. W odpowiedzi Jose krzyknął: "Niech żyje Chrystus Król!". Padły strzały. Upadając, zakreślił własną krwią znak krzyża, a w ostatnich obrazach ziemskich wspomnień widział sztandar z wizerunkiem uśmiechniętej ciepło Matki Bożej z Guadalupe i swój sztandar, którego tak pilnie strzegł na polu walki ...











